W świecie nierzeczywistym, w którym wszystko jest rzeczywiste...
poniedziałek, 06 grudnia 2010
Przeprowadzka
Iii.. stało się. Już długo przymierzałam się do tej zmiany i w końcu jest! Zmiana bloxa na blogspota. Przekopiowałam w nowym miejscu kilka ostatnich notek. Najbardziej szkoda mi komentarzy - wszystko w Waszych rękach. Możecie pomóc mi przestać rozpaczać i skomentować co nieco;) 
 Zapraszam wszystkich stałych i nowych obserwatorów tu : 
http://hiliko.blogspot.com 

 Pozdrawiam ciepło ostatnią tutejszą notką! 
Potrzebuję pomocy..
 Witam ranną porą (dla kogo ranną, dla tego ranną). Znów  nie na temat, musicie mi wybaczyć. Potrzebuję bowiem pomocy i ładnie uśmiechnę się do tego, kto mi tą pomoc zaoferuje. Najbardziej liczę na użytkowników bloxa. 
   Do rzeczy. Wstawiłam wczoraj do zakładek (inaczej LINKI) kilka obrazków mikołajkowych Candy i... dziś rano, chcąc coś zrobić, spostrzegłam, iż brakuje w moich zakładkach opcja "zapisz"/"usuń"/"edytuj". A wygląda to tak : 
  (Szukałam pomocy w zrobieniu screena, tak. Widzicie - należę do grupy tych niemocnych komputerowo:)). 
   I co Wy na to? Macie dla mnie jakąś radę? Powoli wpadam w czarną rozpacz, nie znoszę czegoś takiego - problemów z tym, z czym nie mogę sobie poradzić (to znaczy zależy kiedy, czasem to nowe wyzwanie:)). 
   Tymczasem wracam do gry w szachy - komputerowej rzecz jasna. Au revoire i czekam na jakąś małą pomoc:)
piątek, 03 grudnia 2010
Się żalenie i chwalenie
    Dzisiejsza notka wcale nie będzie dotyczyć książek. No dobra, odrobinę ;) Jako że jeszcze nie skończyłam "Nieprzyjaciela Boga", którego obecnie pochłaniam, żadnej recenzji nie będzie. Zastąpię to czymś innym - całkiem luźnym wpisem o wszystkim (stosik) i o niczym (choroba). 
    Jest zimno, bardzo zimno. W sumie mnie to jakoś bardzo nie przeszkadza, bo od wtorku siedzę w domu i nie wychodzę z niego nawet na krok. Dopadło mnie paskudne, nikczemne choróbsko, a właściwie choróbska - 3w1. Ciekawa kombinacja, prawda? Jako zagorzała optymistka (pff), dostrzegam zaletę: duuuuużo czasu, duuuuużo czytania. Pochłaniam książki równo z ciasteczkami i herbatą. Cóż, nie zdążę porządnie wyzdrowieć - stając na wadze znowu zachoruję albo gorzej - dostanę zawału ;) 
     Byłabym chora (eh, i znowu ta choroba) nie chwaląc się - bo wiecie, jak ja to lubię :)). Dlatego postanowiłam umieścić dziś, przy okazji, malutki i skromniutki stosik - zaledwie sześć książek! Wstyd, Weroniko, wstyd, doprawdy. Wszystkie te tytuły przyszły mi w tym tygodniu i jestem głęboko zdziwiona skutkami mojego mini odwyku. Mnie ten odwyk jest zupełnie niepotrzebny, ale moim półkom i czasowi owszem :)) 
     
'
  Od dołu : 
1. "Zakręty losu" - Agnieszka Lingas - Łoniewska, czyli najnowsza książka autorki. Nie mogę doczekać się lektury. Egzemplarz od samej Agnieszki, z przepięknym autografem, za który jeszcze raz ślicznie dziękuję! Już wkrótce recenzja debiutanckiej powieści - "Bez Przebaczenia", a tuż po nim wywiad z autorką. 
2. "Listy do Tryniadadu" - Annika Idstrom, egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Kojro. Planuję rozpocząć swoje podróże po Finlandii :) 
3. "Wyjący młynarz" - Arto Paasilinna, również do recenzji, również fińska. 
4. "Fantastyczne samobójstwo zbiorowe" - Arto Paasilinna, jak wyżej. 
5. "Okruchy przeszłości" - Rachel Hore, kolejna książka do recenzji, tym razem od wydawnictwa Prószyński i S-ka. Stały obywatel najnowszych stosików :)
6. "Ostatnia noc jej życia" - Maureen Jennings, od Oficynki. Zapowiada się przednia lektura. 

  Pochwaliłam się, wyżalić się również zdążyłam. Teraz pytanie do Was - jak znosicie tegoroczną zimę? I czy odczuwacie świąteczny klimat? 
czwartek, 02 grudnia 2010
Oh Jeonghui : "Miłość zeszłej jesieni i inne opowiadania"

Wydawnictwo : Kwiaty Orientu 2009
Przekład : Marzena Stefańska
Liczba stron : 124
Ocena wciągnięcia : 5
Ocena ogólna : 5

    Oh Jeonghui to podobno jedna z najpoczytniejszych współczesnych pisarek koreańskich. Wydawnictwo Kwiaty Orientu, mające talent do wyszukiwania koreańskich perełek, w roku 2009 wydało zbiór pięciu opowiadań ("Miłość zeszłej jesieni i inne opowiadania", zaś na początku 2010 - utwór zatytułowany "Ptak". Swoim zdecydowaniem, prawdziwością dotyczącą pozycji kobiet w Korei, nie zjednała sobie wielu mężczyzn, ale kto by się nimi przejmował? Najważniejsze, iż płeć piękna ma sposobność czytać takie cuda i dostrzegać w nich siebie. 
       Zbiór zawiera pięć opowiadań, jednych krótszych, innych dłuższych. Każde z nich przedstawia historię różnych kobiet, w większości kobiety te są narratorkami. Zanim jednak czytelnik przechodzi do sedna, ma okazję przeczytać wstęp - najpierw "Koreańskie kobiety w literaturze", później natrafia na krótką biografię Oh Jeonghui, na koniec "Niszczenie wszelkich zasad moralnych, czyli o czym pisze Oh Jeonghui". Myślę że warto zapoznać się z każdym z tych tekstów. 
        W krajach Dalekiego Wschodu, które kształtowała myśl konfucjańska, rola kobiet polegała jedynie na  byciu matką i żoną, kurą domową. Dopiero na przełomie XIX i XX wieku płeć żeńska mogła kształtować się, edukować. Za każdym razem, kiedy myślę o takich sprawach, ogarnia mnie szał i pretensja do tamtejszych zasad, stale zadaję sobie pytanie - dlaczego kobiety miały być gorsze? To mężczyźni piją, obijają się, podczas gdy one (my), rodzimy dzieci, cierpimy za nich.  O tym jednak mogłabym długo, ale nie czas i miejsce na moją burzę myśli.
          Oh Jeonghui tworzy osobliwe i jak najbardziej realne postaci - kobiety. Każde, choć tak od siebie różne, przeżywają cierpienia, bóle, rozterki. Niech za przykład posłuży narratorka i zarazem bohaterka pierwszego opowiadania - "Żona Pijaka". I owszem, jest ona żoną pijaka, obiecującego za każdym razem przestać. Dlaczego musi użerać się z tyranem, niedojrzałym psychicznie mężczyzną, niedostrzegającym własne błędy? Ano takie były zasady. Potworne, prawda? Kobieta ta kształci się, uczy, ale gdy poznaje na swej drodze mężczyznę, będącego później mężem i alkoholikiem, wiedza ta jest nieużyteczna. Nie mogę przestać zastanawiać się, po co kobiecie mężczyzna? Poza zaspokajaniem fizycznych potrzeb, dawania życia potomkom, tak naprawdę takie bestie, jaką jest Pijak, nie są światu i przede wszystkim kobietą potrzebne. 
       Autorka swoim bohaterkom daje od dwudziestu do czterdziestu lat, prawie żadna z nich nie ma swojego imienia, bowiem nie ono się liczy - chodzi głównie o psychikę, problemy, nazwa własna jest zbędna. Oh Jeonghui śmiało opisuje miłość lesbijską i sytuację w niektórych domach. Takich autorek potrzebujemy! 
            Żałuję, iż książka jest tak krótka (ale przy tym bardzo treściwa). Teraz, kiedy jestem chora i jeszcze kilka dni posiedzę w domu, potrzebuję takich lektur - porywających, wzbudzających skrajne emocje, od nienawiści do zachwytu. (To dlatego tak szybko czytam i recenzuję, jakby się ktoś zastanawiał:). Ze swojej strony mogę polecić gorąco opowiadania - kobietom, aby wzmocnić ich niezależność bądź skłonić do niej;mężczyznom, aby spojrzeli na oczy i wczuli się w rolę płci pięknej - może lektura skłoni ich do refleksji? 
               
Elizabeth Buchan : "Pomyśl o lilii"

Wydawnictwo : Niebieska Studnia 2007
Tytuł oryginału : Consider the lily"
Przekład : Małgorzata Stefaniuk
Liczba stron : 550
Ocena wciągnięcia : 4
Ocena ogólna : 4

      Gdyby ogłoszono konkurs na najlepszy scenariusz telenoweli, "Pomyśl o lilii" zdecydowanie by go wygrała. Ekranizacja tej powieści w formie serialu, na przykład brazylijskiego czy argentyńskiego, byłaby całkiem niezła. 
       Daisy Chudleigh to młoda, piękna dziewczyna z fascynującą osobowością nietypową dla panienki z dobrego domu XX wieku - energiczna, śmiała,intrygująca, czarująca, niezależna od innych, ciesząca się ogromnym powodzeniem. Kiedy Kit Dysart, mężczyzna noszący bardzo dobre nazwisko, lecz niemający grosza przy duszy, zakochuje się w niej, ona odwzajemnia uczucie. Wszystko byłoby wspaniale gdyby nie kuzynka Daisy, Matty Veral, istne przeciwieństwo - ponura, zazdrosna, nieładna, nieciekawa, niecierpiąca wszystkiego dookoła, a przede wszystkim samej siebie. 
      Kit, aby ratować rodzinną posiadłość, musi wybrać między uroczą Daisy a gburowatą, acz niezwykle bogatą Matty. Gdyby kierował się sercem, wybór byłby oczywisty. Jak potoczą się losy trójki bohaterów? Czy miłość wygra z rozsądkiem? Czy podjęte decyzje da się odwołać i jak one się skończą? 
       "Pomyśl o lilii" to saga rodzinna mówiąca przede wszystkim o miłosnym trójkącie, jaki tworzą Kit, Daisy i Matty. To całkiem przyjemna i wdzięczna historia, bogata w długie opisy krajobrazów, wydarzeń i bohaterów. Akcja dzieje się między pierwszą a drugą wojną światową, a my doskonale odczuwamy klimat i wczuwamy się w tamten okres. Rywalizacja o ukochanego mężczyznę między dwiema kuzynkami, tak różnymi od siebie, jest ciekawie opisana. Powieść ta, licząca ponad pół tysiąca stron, przypadnie do gustu czytelnikowi szukającemu lektury urozmaicającej długie, zimowe wieczory, niewymagającej, ale niepozbawionej swojego uroku. Wszystkie te czynniki znajdziemy w sadze rodzinnej Elizabeth Buchan, jeżeli jednak szukamy czegoś bardziej porywającego, wywołującego dreszcze emocji i napięcie - nie bierzcie się za "Pomyśl o lilii". 
         Mnie się podobało, ale bez szału. Chyba każda z  czytających mojego bloga osób wie, że nie lubię tego typu książek, są dla mnie zwyczajnie nudne, niewciągające i nie wnoszące nic nowego. Zamiast poświęcać kilka dni na grube tomisko, wolę w dwadzieścia minut obejrzeć łzawy serial mówiący o tym samym. Zrobiłabym tak, gdyby nie fakt, iż nie lubię telewizji. 
           Bohaterzy wykreowani przez panią Buchan budzą skrajne uczucia - jednych się kocha, innych nienawidzi. W kolejnych znajdujemy swoje własne cechy, czytając, dostrzegamy je. Dajmy na to taką Matty - nie ukrywam, że zdarzały mi się zachowania podobne do tych jej. Autorka przedstawia nam różne rasy społeczne występujące w XX wieku, różne charaktery, posługując się swoimi postaciami - bardzo osobliwymi. 
        W książce występują motywy słynne już z greckiej tragedii, na przykład nieustanny problem walki powinności z namiętnością, chociaż jak dla mnie oprawione zbyt subtelnie. Kilka momentów, takich jak szczegółowe opisanie gry w tenisa czy powtarzana ciągle wzmianka o orzeźwiającej lemoniadzie, wywołały u mnie znudzenie czy też ostentacyjne wzniesienie oczu do nieba, jak kto woli. I mimo iż "Pomyśl o lilii" nie była wcale taka zła, już do niej nie wrócę. Przekonałam się, iż pasjonujące sagi rodzinne nie są stworzone dla mnie. 
         
środa, 01 grudnia 2010
Dean Koontz : "Maska"

Wydawnictwo : Albatros 2010
Tytuł oryginału : "The Mask" 
Liczba stron : 326
Ocena wciągnięcia : 6
Ocena ogólna : 5

    Dean Koontz to powszechnie znane nazwisko. Autor znany jest ze swoich powieści grozy. Pierwsze z nich przeplatane były elementami fantastyki, te kolejne już z mieszaniny thrillera psychologicznego i horroru. Czy warto zapoznać się z jego prozą? Lektura "Maski" miała mi pomóc odpowiedzieć na to pytanie, dostarczając przy okazji dreszczyku emocji i strachu. Wynik : pozytywny, książka mnie nie zawiodła, ale... również nie zachwyciła. 
      Czy wierzycie w proces reinkarnacji, czyli powtórne wcielenie  duszy w ciało innej osoby? Nawet jeśli, to czy dusza ta pamięta wydarzenia z poprzedniego życia? Czy skutki tego mogą ponieść zupełnie niewinne osoby? 
       Carol i Paul Tracy to młode, szczęśliwe małżeństwo, nazywane również ludźmi sukcesu. Wydawałoby się, że ich jedynym problemem jest bezpłodność kobiety. Kiedy przymierzają się do adopcji dziecka, COŚ chce im w tym przeszkodzić. Gdy Carol przypadkowo potrąca samochodem dziwną nastolatkę, COŚ można wyczuć bardzo wyraźnie, a jednak tego CZEGOŚ nie da się określić.. 
          Carol, z poczucia winy i rosnącej sympatii do Jane Doe, bo tak nazwano niezidentyfikowaną, potrąconą dziewczynkę, decyduje się zaopiekować się nią. Wraz z przyjęciem Jane pod swoje skrzydła, życie małżeństwa przewraca się do góry nogami, zahaczając o multum niewyjaśnionych, makabrycznych sytuacji. 
         Podobno poprzednie książki Deana Koontza były najlepsze - "Apokalipsa" czy "Mroczne ścieżki serca". Z racji braku znajomości tych lektur nie mogę wyrazić własnej opinii na ten temat, jednakże już teraz cieszę się, iż kolejne przeczytane przeze mnie dzieła autora będą lepsze. "Maska" bowiem do najbardziej zachwycających powieści grozy nie należy. Przede wszystkim fabuła - przewidywalna, nie odkrywająca nic nowego, bo przecież intryg z duchem w roli głównej jest mnóstwo. Gdyby nie styl, całkiem przekreśliłabym tę książkę. Koontz stopniowo buduje napięcie, choćby przy użyciu onomatopei "ŁUP!". Co prawda słowo to przewija się przez całą powieść, dając nieprzyjemny posmak deja vu lub, co gorsza, znudzenia, ale.. da się znieść. 
         Bohaterowie wzbudzili moją sympatię, chociaż o tą nietrudno. Energiczna Grace, Carol, która przeżyła w swoim życiu wiele (polubiłam ją głównie dzięki wielu cechom, które dostrzegam w samej sobie z przeszłości), czuły i czujny Paul. Podobały mi się również dialogi, rozmowy między postaciami - inteligentne, zabawne zapytania, cięte riposty. W oczy rzuca się jednak nieumiejętność opisania scen erotycznych przez Deana Koontza, którymi to ów człowiek chciał wzbogacić swoją książkę. 
            Mówiąc krótko - "Maska" to powieść warta przeczytania, lecz miłośnikom gatunku może wydać się odsmażanymi kotletami i bitą nudą. Może, ale nie musi! Mimo drobnych zastrzeżeń mi przypadła do gustu i zachęciła do dalszego zagłębiania się w prozie Koontza.

         Przy okazji chciałabym podzielić się spostrzeżeniem - poprzednie wydanie "Maski", wydane przez wydawnictwo Prószyński i Ska, liczyło zaledwie 190 stron. Teraz, w odnowionym egzemplarzu przez Albatrosa, książka ma ich ponad 320. Co prawda okładka bardzo intrygująca - mroczna, może nawet gotycka? - prezentuje się zdecydowanie lepiej niż ta od Prószyńskiego. 
| < Grudzień 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
Darmowe liczniki
CANDY
Dla czytelników
Dobra księgarnia
E-mail
Poziomki zimą - moje candy
fantasybook
Przeczytane
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zaglądam...