W świecie nierzeczywistym, w którym wszystko jest rzeczywiste...
wtorek, 19 października 2010
Sherko Fatah : "Czarny statek"

Wydawnictwo : Czarne 2010
Liczba stron : 332
Ocena wciągnięcia : 4,5
Ocena ogólna : 5

  Kiedy dziecko traci rodzica - autorytet, najważniejszą i najbliższą osobę, oparcie, traci również dzieciństwo, jedyny w życiu okres niewinności, bezbronności. Jeżeli widzi na własne oczy śmierć ojca, jest jeszcze gorzej. 
    Irak. Mały Kerim jest świadkiem zabójstwa jego taty. Zabójstwa, za które nikogo nie ukarano, jedynie los ukarał bliskich ofiary. Ukarał.. ale za co? Za prowadzenie restauracji? Za wojnę i krzywdy całego świata? A może za sam byt? Tego nie wiemy.  Kerim zmienia się z dnia na dzień - jednego jest dzieckiem, następnego błyskawicznie dojrzewa i staje się głową rodziny. A wszystko to przez jedną krótką chwilę, jeden moment decydujący o całym życiu. 
       Jako następca taty Kerim sprawuje się całkiem nieźle, jednakże przeznaczenie znów uprzykrza chłopcu życie. Ten jednak nie zamierza się poddać i to jest najważniejsze - wiara w siebie i lepsze jutro. Ale co, jeśli pojawia się chęć ucieczki? 
        Fatah stworzył niesamowity świat, przepełniony lękiem, terrorem i wojną. Ukazuje nam przygnębiającą prawdę, ale w sposób niezwykle, jak na wybrany temat, lekki. Ciężko jest czytać i pisać o wojnie, bo mimo, iż w jej trakcie każdy marzy jedynie o zakończeniu, później wracamy do tych czasów - literacko, obrazowo, wspomnieniami (jeżeli ktoś jakąś przeżył). Nie myślcie jednak, że książka mówi tylko o jednym : zmienia pogląd na mnóstwo spraw, opisuje dojrzewanie dziecka i jego uczucia. No właśnie, jak się może czuć osoba, która na własne oczy widzi śmierć ukochanej osoby? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Domyślam się jednak, że odczuwa negatywne uczucia, smutek, złość, zaszokowanie, przerażenie.. Fatah nie rozpisuje się w tym wątku, śmierć ojca jest krótką chwilą, ale jakże znaczącą, mającą wpływ na dalsze zdarzenia. Bo gdyby... gdyby to, gdyby tamto - a co, jeśli...? Każdy z nas przynajmniej raz złapał się na tzw. "gdybaniu". Ale czy to ma sens? Starajmy się patrzeć na życie teraz i tutaj, nie zagłębiać się ani w przeszłość, ani w przyszłość. Po prostu teraźniejszość. Dlaczego o tym mówię? Ponieważ główny bohater, Kerim, ciągle jest rozdarty między wspomnieniami, nawet bardzo odległymi, a czasami obecnymi. I właśnie to odgrywa istotną rolę w całej powieści - przeszłość. 
    "Czarny statek" to książka, którą powinien przeczytać każdy, nieważne, w jakim wieku. To świetna odskocznia od dnia codziennego, niekoniecznie relaksująca, dająca wiele do myślenia. Polecam. 

   
   
sobota, 16 października 2010
Sylwia Drożdżyk : "Identyfikatory"

Wydawnictwo : Prozami 2009
Liczba stron : 164
Ocena wciągnięcia : 3
Ocena ogólna : 3,5

   Ostatnio polskie książki nie wywołują u mnie zachwytu ("Kobieta do zadań specjalnych"). A poza tym nie przepadam za opowiadaniami i nie umiem o nich pisać, więc będzie krótko.  Ciągle będę jednak próbować i próbować, bo w końcu co polskie - to nasze.
    "Identyfikatory" to zbiór opowiadań poruszających różne tematy - te poważne i mniej. Żadne z nich nie jest sobie równe, różnią się prawie wszystkim : bohaterami, długością, tematyką, narracją. Wiele z nich jest czysto surrealistycznych, co tym bardziej zmusza do myślenia i wyszukiwania ukrytego sensu. Pani Drożdżyk bowiem, w swojej debiutanckiej książce, w większości opowiadań każe czytać między wierszami, aby odkryć drugie dno. Pozwala snuć sieci domysłów, każdemu znaleźć cząstkę siebie i odebrać opowiadania na swój własny sposób. 
      Książka "Identyfikatory" jest o wszystkim i o niczym, o rzeczach znaczących i nieistotnych.  Mówi o przeróżnych uczuciach, nie tylko dobrych, ale i złych - miłości, nienawiści, zazdrości, braku akceptacji siebie i innych, strachu przed odrzuceniem, nieśmiałości, śmierci, nieufności, prawdzie i kłamstwie. Przedstawione w opowiadaniach postacie to nie tylko ludzie, ale także zwierzęta, na przykład motyle ("Naprawdę brzydkie kaczątko"). Mimo to debiut pani Sylwii nie przypadł mi do gustu. Dlaczego? 
    Uważam, iż niektóre opowiadania ze zbioru nie miały głębszego sensu. Im bardziej się nad nimi zastanawiam, tym bardziej pogmatwane mi się wydają. Na przykład to o deptaniu ćmy, co to takie fajne "pstryk pstryk" robi. Beznadzieja. Natomiast kilka innych podobało mi się, dajmy na to tytułowe "Identyfikatory". Autorka przekazuje przez tą zaledwie półtora stronicową historię to, że ludzie odstający od reszty, ludzie wyróżniający się czymś, czym nie chcą się wyróżniać, po prostu ludzie inni od wszystkich - ukrywają się pod maską codzienności. Drożdżyk przedstawiła to w bardzo prosty sposób - opisując, jak to wszyscy kupowali i nosili tabliczki z napisem "NORMAL", żeby nie było, że są nienormalni. Czasami ludzie wstydzą się swoich cech, zalet lub wad. Czy powinni? Według mnie nie. 
      Jeżeli interesuje Was ta książka to przeczytajcie. Jeśli jednak nie lubicie (bardzo) krótkich form literackich - niekoniecznie polecam. 

Will Ferguson : "Hiszpańska Mucha"

Wydawnictwo : Muza 2010
Liczba stron : 480
Ocena wciągnięcia : 6
Ocena ogólna : 6

   Jack McGreary to sprytny, zdolny do oszustw dziewiętnastolatek mieszkający w Paradise Flats. Syn Finki i Szweda, jednakże żyjący tylko z nieco gburowatym, zdziwaczałym ojcem; matka umarła. Mimo swoich talentów chłopak rzuca szkołę i zamierza znaleźć pracę. Harówka w kopalni soli to niestety niekoniecznie to, o czym marzył. Wszystko zmienia się, kiedy Jack przyłapuje nieznajomego mężczyznę na drobnym kłamstwie. Virgil - bo tak nazywał się ów kanciarz, proponuje mu dołączenie do niego i jego przyjaciółki, Rose. Cała trójka wyrusza najpierw do Silver City, później w inne miejsca, w których są szanse na zdobycie pieniędzy przez świetnie obmyślane oszustwa. Jack zostaje powoli wprowadzany w świat przekrętów, ale dzięki swojej pojętności i rzadkim talentom znakomicie odnajduje się w świecie obłudy i kłamstwa. 
        Ferguson doskonale opisuje dwa zupełnie przeciwne światy - pierwszy, który poznajemy na początku, to świat nędzny, biedny, szary, opanowany przez suszę i kryzys finansowy. To w takim otoczeniu żyje główny bohater, Jack, zanim poznaje Virgila i Rose. Egzystencji w tym drugim, zdecydowanie lepszym, doświadcza dzięki swoim kompanom. Jest to życie w luksusie (na jaki mógł sobie pozwolić XX wiek), wśród zadymionych knajp, połyskujących aut, ciężkich papierośnic, energicznych tańcach kobiet i mężczyzn - tych pierwszych ubranych w długie, jedwabne suknie i piórka; drugich w spadających kapeluszach i zooty'ach. Autor świetnie oddaje klimat, sprawia, że czujemy się, jakbyśmy sami uczestniczyli w opisywanych zdarzeniach. 

    "Silver City tętniło nocnym życiem. Jazz zapuścił tutaj korzenie i każdy hotel lub klub wart swoich pieniędzy miał własną orkiestrę.[...]To był big-bandowy swing, i kiedy muzyka grzmiała, trębacze i klarneciści wstawali kolejno i grali solówki, a dwa kontrabasy i perkusja utrzymywały swingowy rytm, Virgil i Rose oddawali się ognistemu shim-sham-shammy,[...]. Rytm dudnił jak krew w skroniach. Od jazzu do szybkiego bluesa. Muzyka gęsta jak tytoniowy dym, ciepły i słodki. Tutaj nie obowiązywały żadne zasady mówiące, jak nisko dłoń partnera może ześlizgiwać się po plecach kobiety, nie było żadnych ostrzeżeń co do ruchów, które przekraczały granicę moralności Nie. Tylko taniec i muzyka, muzyka i taniec, oraz smak rumu na języku" *[1]

    Kolejną rzeczą, która sprzyja tak wysokiej ocenie i mojemu ogólnemu zachwytowi jest opisanie oszustw, jakie miały miejsce w pierwszej połowie XX wieku. A były to przeróżne kłamstwa, jak na przykład fałszywe pieniądze, gra w trzy karty czy podmienianie walizek. Autor książki uświadamia nas, że takie oszustwa autentycznie miały miejsce wtedy, kiedy ludzie byli najbardziej naiwni i łatwowierni. Jedni, nazwani frajerami i jeleniami, tracili na pomysłowości drugich, oszustów. Oszustów, którzy wmawiali sobie, że nie kradną, tylko zyskują na głupocie innych. Bo po co kraść, dostając pieniądze do ręki? 
   
  "Bez względu na to, czy byłbym milionerem, czy włóczęgą, uczynek był ten sam. Jeśli ukradłeś jabłko, to ukradłeś jabłko. NIe ma znaczenia, czyje to drzewo ani czy masz już w domu cały buszel owoców." *[2]
  
  Bohaterzy. To coś, co Fergusonowi wyszło naprawdę wspaniale. Od razu polubiłam wykwintną pannę Rose czy cwanego Virgila. A sam Jack... Jacka po prostu ubóstwiam! Za jego bystrość, pomysłowość, spryt i wygląd (po cichutku mam nadzieję, że przystojny mężczyzna z okładki to główny bohater). Podświadomie nazwałam go sobie moim prywatnym Buntownikiem z wyboru, chociaż wielkiego podobieństwa między nim a filmowym Willem nie ma. Każda ze stworzonych przez autora postaci ma swoje wady i zalety; żadna nie jest doskonała, co dodaje im realizmu i wzbudza sympatię w potencjalnym czytelniku. 
   "Hiszpańska Mucha" to powieść, którą polecam gorąco każdemu. Jeżeli lubicie klimaty, o jakich wspomniałam wyżej, intryguje Was XX-wieczna Ameryka przepełniona oszustwami i intrygami - przeczytajcie, a nie pożałujecie! Już sam tytuł*[3] zachęca (przynajmniej mnie) do wsadzenia nosa w książkę. Dodatkowo urocza okładka.. 

   "Każdy ma coś do stracenia. My tylko musimy to odkryć. Dumę. Opętanie. Punkt widzenia. Człowiek może je stracić za jednym zamachem." *[4]
      
   [1] "Hiszpańska Mucha", W. Ferguson, str. 186-187
   [2] Tamże, str. 63
 [3] Hiszpańska mucha to powszechna nazwa jednego z afrodyzjaków. Powoduje wzrost popędu seksualnego. 
   [4] Tamże, str. 220
piątek, 15 października 2010
Krzywa wieża
  Czyli stosik październikowy numer 3 :) 
Oczywiście w ostatniej chwili zapomniałam o trzech ostatnich książkach, dlatego tak te stosiki rozdrobione są. Nie ma co, (nie)myślę. 
   
    

  Od dołu lecąc : 
1. "Zaproszenie na kimchi" - Lena Świadek 
2. "Miłość zeszłej jesieni i inne opowiadania" - Oh Jeonghui
3. "Konfucjusz" - Jonathan Clements 
4. "Ostatnie królestwo" - Bernard Cornwell
5. "Miasto poza czasem" Enrique Moriel
6. "Za blisko domu" - L. Barclay
7. "Sieć rozkwitającego kwiatu" - Lisa See
8. "Pary" - John Updike
9. "Lustrzane odbicie" - Audrey Niffenegger
10. "Opowieści z Wilżyńskiej Doliny" - Anna Brzezińska

 

   Jak widzicie, króluje wydawnictwo MAG ;)
  1. "Każda magia jest dobra" - Kim Harrison
  2. "Dobry, zły i nieumarły" - Kim Harrison
  3. "Przynieście mi głowę wiedźmy" - Kim Harrison
  4. "Rozkosze nocy" - Sherrilyn Kenyon 

 

  I ostatni, "zapomniany" stosik : 
 1. "Maska" - Dean Koontz
 2. "Czarny przypływ" - Andrew Gross
 3. "Klub tajemnic" - Meg Gardiner


  I to by było na tyle chwalipięctwa. Nie mam pojęcia, czy mój aparat stracił formę czy przechodzi dość długi okres buntu? Miejmy nadzieję, że szybko mu minie ;) Tymczasem wracam do "Hiszpańskiej Muchy" (intrygujący tytuł, prawda? ;)). 


 
środa, 13 października 2010
Iwona Czarkowska : "Kobieta do zadań specjalnych"

Wydawnictwo : Replika 2010
Liczba stron : 232
Ocena wciągnięcia : 5
Ocena ogólna : 4

   Jak to jest być agentką nieruchomości? Czy ta praca zawsze jest spokojna, wymaga wyłącznie siedzenia przy biurku? Nie, jeśli nieco nieciekawy szef wysyła Cię w półroczną delegację do malutkiego miasteczka o nazwie zupełnie przeciwnej, bo Miasteczka Wielkiego. Nie, jeśli jest się Zuzanną Roszkowską. 
   Tytułowa kobieta do zadań specjalnych, Zuzanna Roszkowska (dla przyjaciół i rodziny Zu) to młoda, nieobliczalna i łamiąca wszelkie stereotypy osoba. Pewnego dnia szef wysyła ją w delegację do miejscowości Miasteczko Wielkie, serca polskiej prowincji. Na pozór jest to spokojne, nudne miasto, szybko jednak okazuje się, że dzieje się w nim zdecydowanie więcej niż w niejednej metropolii. Już od samego początku tego wyjazdu Zu staje się główną bohaterką śmiesznej i sensacyjnej zarazem, nieco pomieszanej historii. Na jej głowę w tak krótkim czasie zwala się tyle perypetii, że szczodrą ręką obdzielilibyśmy jeszcze kilka innych postaci. 
   Zapowiada się ciekawie, prawda? Ogromna dawka śmiechu - można powiedzieć, że śmiertelna - wywoła uśmiech podczas lektury u nawet największego czarnowidza. Przygody Zuzanny były bardziej lub mniej zabawne, niektóre wręcz trochę przesadne. To jeden z minusów. 
   Nie podobały mi się również niektóre postacie wykreowane przez panią Czarkowską. Niech za przykład posłuży sama Zuzanna, która momentami strasznie mnie drażniła. Bardzo infantylna, głupiutka. Ja rozumiem - mieć pecha, to ludzkie, ale żeby aż takiego? Przy setnym zdarzeniu na minutę (stronę) zaczynałam mieć dość gapiostwa i naiwności głównej bohaterki. Osobiście preferuję bardziej rzeczywiste postacie. Zuzanna nie była jednak jedyną z dziwacznych. Na przykład u nieco starszych - co się często wiąże z powagą i rozsądkiem - bohaterów powieści jeden maleńki epizod z życia decydował o reszcie egzystencji. No bo, na miłość Boską, czy to mądre brać rozwód przez jedno głupie kłamstewko, zupełnie nieznaczące, które miało miejsce ćwierć wieku temu? 
    Mimo tych kilku wad, całość nawet mi się podobała. Przyjemnie było się zająć tym "odmóżdżaczem" niewymagającym "uruchamiania" szarych komórek po całym dniu. Dlatego lepiej czytało mi się "Kobietę do zadań specjalnych" właśnie wieczorami niż za dnia. Nie jest to książka z najwyższej półki, ale nawet na takową nie liczyłam. Spełnia swoje wymagania - bardzo wciąga, podczas czytania odprężamy się. Jak szybko się czyta, równie szybko się zapomina. Lekkość pióra autorki wynika w dużej mierze z języka, jakiego używa - nie stroni bowiem od kolokwializmów czy wręcz wulgaryzmów. Warto zapoznać się z powieścią Iwony Czarkowskiej - jak wspominałam, po ciężkim dniu będzie pasować jak ulał. 
   "Komendant patrzył lekko zszokowany, jak z zadowoleniem [Zuzanna] przygląda się uważnie starym zdartym flekom. Zu zauważyła jego zdziwiony wzrok i wyjaśniła : 
  - Przepraszam, to od zielonych pantofli - odłożyła fleki na pusty talerz stojący na brzegu stołu. - Chciałam kupić nowe fleki, ale nie wiedziałam jakie, bo stare wyjęłam i gdzieś mi zginęły. Nie pamiętałam, że mam je w torebce.
   - No to teraz będzie pani mogła nareszcie wymienić.
   - Nie, już nie! Pantofle wyrzuciłam rok temu. O, tego szukałam. Niech pan zobaczy!
   Komendant wziął do ręki plastikowy pojemnik, który podała mu Zu. W środku tkwiło kilkanaście kawałków... szkła. 
   - To z rozbitego lusterka. Podobno jak się wyzbiera wszystkie kawałki, to człowiek nie będzie miał pecha - wyjaśniła Zuza. 
   - I co? Wyzbierała pani wszystko? - zainteresował się aspirant Makaron i nałożył sobie solidną porcję jajecznicy. Posypał ją pieprzem, solą i zabrał się za jedzenie, używając wielkiej łyżki do zupy. 
   - Tak mi się wydawało. - Zu machnęła ręką. - Ale chyba coś musiało wpaść pod zlewozmywak w kuchni, bo od tamtej pory ciągle mam potwornego pecha. Teraz na przykład nie mogę za diabła znaleźć notesu z adresami i telefonami. Co ja..." *[1]

   "Drzwi wagonu otworzyły się i wyskoczył z nich kierownik pociągu. Stanął na peronie i zaczął natarczywie domagać się od kogoś, żeby też wysiadł : 
  - Proszę za mną. Zaraz wyjaśnimy całą sprawę. - Tu zamilkł i przez chwilę słuchał tego, co mówiła osoba w pociągu. - Nie, proszę pani. Nie rozumiem. Proszę natychmiast wysiąść. Tak! Słyszałem, że pani nie chciała wcale zatrzymać pociągu, tylko hamulec bezpieczeństwa pomyliła pani z uchwytem przy oknie. Ale mandat musi pani zapłacić" *[2]

   *[1] - Cytat z książki "Kobieta do zadań specjalnych" - Iwony Czarkowskiej, str. 80.
   *[2] - Tamże, str. 34. 
poniedziałek, 11 października 2010
Hanne Orstavik : "Miłość"

Wydawnictwo : Smak Słowa 2009
Seria z przyprawami
Liczba stron : 130
Ocena wciągnięcia : 4,5
Ocena ogólna : 4,5

  
   Czy rodzina bez miłości może być szczęśliwa? I czy w ogóle w rodzinie może brakować tej najważniejszej rzeczy? Jak to jest, że między matką a dzieckiem nie ma nic poza nazwiskiem, więzami ?
     Czytając "Miłość" zadawałam sobie ciągle powyższe pytania. Nie wyobrażam sobie braku miłości, uczucia między mną a moją mamą - a Wy? 
   Mały Jon wraz ze swoją matką, Vibeke, niedawno przeprowadzili się do malutkiej miejscowości na północy Norwegii. Panują tam nieustanne mrozy, cały rok zima i śnieg, lato pojawia się tylko w wyobraźni mieszkańców. Jon, który następnego dnia kończy dziewięć lat i nie może doczekać się tej chwili, wychodzi na miasto w ten ciemny, mroźny wieczór. Dom pozostaje pusty, bo i Vibeke wyprawia się do biblioteki. Żadne z nich nie wie, gdzie jest tak naprawdę drugie - czy matka może nie wiedzieć, że syna nie ma w domu, skoro sama w nim była? Niestety tak. Świadczy to o braku zainteresowania z jej strony. I między innymi o tym jest ta książka. 
      Czytelnik jest świadkiem wędrówki obojga przez zimowy, mroczny krajobraz; wędrówki, w trakcie której matka i syn nie spotykają się i której finał okaże się tragiczny. *[1]
 
       Hanne Orstavik porusza bardzo ważny temat - samotność. Samotność matki i syna, głównych bohaterów. Pragną bliskości, czułości i uczucia, niestety jedno drugiego nimi nie darzą. Vibeke, zupełnie nieodpowiedzialna, poszukuje miłości nie do końca tam, gdzie ją może znaleźć. Szuka partnera - oczywiście, to zrozumiałe - osoby, którą pokocha z wzajemnością, chociaż przed sobą ma synka, spragnionego miłości tak samo jak i ona. Jon, który następnego dnia ma urodziny, wychodzi, chcąc pozwolić mamie zrobić tort-niespodziankę dla niego. Żadnego tortu nie ma, ukochana mamusia nawet nie pamięta o urodzinach jedynego syna. Niczego innego, mniej istotnego, nie zapomina - wie, że musi oddać książki, że jest wesołe miasteczko, pamięta o tajemniczym mężczyźnie z kawiarni. Dlaczego więc nie zatroszczyła się o to, aby Jon swój najważniejszy dzień w życiu spędził miło, wyjątkowo? Może dlatego, że matka jest dorosłą kobietą o mentalności nastolatki? 
       Autorka pisze bardzo krótko, oszczędnie, zwięźle, bez zbędnych opisów. Liczy się każde słowo i gest. Uczucie samotności wypełnia książkę po brzegi, co wprawia w lekkie przygnębienie. Zakończenie boli, u mnie nawet wywołało kilka łez. Mimo niewielkiej objętości to emocjonalna mieszanka wybuchowa. W tej książce przejrzy się każdy, znajdzie kawałek siebie. 

  Myśli o tym, że gdy o niczym nie myśli, to w głowie musi być całkiem ciemno; jak w olbrzymim pokoju, w którym zgaszono światła. *[2]

[1] - fragment opisu z okładki książki "Miłość".
[2] - Tamże, str. 24


sobota, 09 października 2010
Bernard Cornwell : "Zimowy Monarcha"

Wydawnictwo : Instytut Wydawniczy Erica 2010
Liczba stron : 560
Ocena wciągnięcia : 5
Ocena ogólna : 5,5

   Czy w obecnych czasach spotkamy kogoś, kto nie słyszał nigdy legendy o królu Arturze? Wątpię, ale jeżeli są wyjątki - napiszę już na wstępie - koniecznie zapoznajcie się z "Zimowym Monarchą". Jeśli ktoś jest pasjonatem historii, wielbicielem zamierzchłych czasów - ta książka również jest dla niego. I nawet jeśli zwyczajnie jesteście ciekawi tej legendy, zadajecie sobie pytanie : jak to mogło być? - tak jak ja - przeczytajcie!
     Akcja książki rozgrywa się w V wieku po narodzinach Chrystusa, czasy za panowania Wielkiego Króla Brytanii, Uthera, niestety zbliżającego się wielkimi krokami do Krainy Cieni. Stary i osłabiony, zamęczany jest ciągle pytaniami - kto zasiądzie na tronie po jego śmierci? Uther zna już odpowiedź : nowym władcą zostanie jego wnuk, Mordred. Dzieciątko nie jest jednak doskonałe, ma skrzywioną stopę, a kaleki książę jest złym znakiem dla całego królestwa. 
    Całą opowieść poznajemy od narratora saksońskiego pochodzenia - Derfla Cadarna, jednego z wojowników Artura. Naturalnie rzeczony osobnik rycerzem został nie od razu i nie bez problemów. Po narodzeniu potomka Uthera zaczyna się wieloetapowa przygoda, w której nie tylko Artur, ale również sam kronikarz odgrywa bardzo istotną rolę. Czytelnik najpierw przez dłuższy czas jest wprowadzany w całą legendę, a dopiero później zaczyna brać w niej czynny udział. 
   
   Świetna książka! Nie spodziewałam się, że książka o takiej tematyce i z takiego gatunku może mnie tak bardzo wciągnąć. Chociaż pierwsze pięćdziesiąt stron lekko mnie nużyło, kolejne pięćset bardzo mi się podobało! 
   Bernard Cornwell wspaniale przedstawił tę historię. Darował sobie miecz wbity w skałę czy czary, jakimi posługiwali się Merlin i Morgana. Dla niego to zabobony i głupoty, przyprawiające współczesnego człowieka o co najwyżej atak śmiechu. Wszystkie wydarzenia dzieją się tu przez ludzi i z ich udziałem, mimo, iż bohaterowie modlili się nieustannie do Bogów - ich interwencji trudno byłoby wypatrywać. "Zimowy Monarcha" skupia w sobie wiele wątków, wszystkie starannie zobrazowane i opisane, dzięki czemu możemy sobie wyobrazić tamtejszy klimat, krainy i widoki. Sama historia może zaintrygować czytelnika i sprawiać, że ten nie odłoży książki, co głównie jest zasługą wielu zwrotów akcji i niespodziewanych zdarzeń. 
   Anglik znakomicie wykreował także bohaterów, których pojawia się mnóstwo. Bardzo dokładnie ich opisuje, przydziela im charakterystyczne cechy, dzięki którym szybko ich zapamiętujemy. Żadna z postaci nie jest idealna, każda ma swoje wady. Poza tym łatwo się z nimi utożsamiamy, co też bardzo pozytywnie wpływa na odbiór postaci. Na przykład Merlin - najlepszy czarownik w Brytanii, ale nie mający żadnych skrupułów czy zahamowań. Albo Artur, bardzo sympatyczny, jednak tylko do czasu bitew. Ale przecież nikt nie jest doskonały, prawda? 
   Bardzo istotą rzeczą decydującą o ocenie jest również styl. Pióro Cornwella jest lekkie i bardzo uwspółcześnione. Biorę to za zaletę, ponieważ dzięki łatwemu, prostemu językowi możemy się zagłębić w lekturze, a nie sprawdzać w słowniku znaczenie słów lub przedzierać się przez kilometrowe adnotacje. 
  Autor potrafi opowiadać historie, z wyczuciem buduje napięcie, rozładowując je później - gdy trzeba - dowcipem.

   "Zimowy Monarcha" to pierwsza część Trylogii Arturiańskiej. Obie swoje funkcje - wprowadzenie czytelnika w świat powieści i wywołanie jego zainteresowania - spełnia bardzo dobrze. Już ostrzę pazurki na drugą część trylogii, "Nieprzyjaciela Boga", którą całe szczęście posiadam. Samo wydanie stoi na wysokim poziomie, okładka bardzo ładna, czcionka przyjazna dla oczu, a literówek praktycznie nie ma wcale. Bonusem są trzy przydatne rzeczy umieszczone na samym początku książki : mała mapa, która pozwalała mi sprawdzić, gdzie też są aktualnie bohaterowie; alfabetyczny spis wszystkich postaci i ich krótki opis, żeby wiedzieć, kto kim jest oraz lista miejsc, w których rozgrywa się akcja (i nie tylko). Nie wiem jak Wam, ale dla mnie to bardzo pożyteczna rzecz.  
   Książkę warto przeczytać, co napisałam już na początku. Polecam. 

   
czwartek, 07 października 2010
Kto dostał Literacką Nagrodę Nobla? Co dwie sprawy, to nie jedna.
  Zapewne wszyscy znacie już odpowiedź na to pytanie. Dla niewiedzących : Mario Vargas Llosa, autor m.in. "Szelmostw niegrzecznej dziewczynki", "Ciotki Julii i skryby" i "Wojny końca świata". Czy według Was Llosa zasłużył na to niezwykłe wyróżnienie? Jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Czy mieliście już okazję zapoznać się z twórczością pisarza? 
  Ja niestety nie, ale jak to mawiają - "co się odwlecze, to nie uciecze". Mam zamiar przeczytać przynajmniej jedną z książek Vargasa, acz podejrzewam, iż na tej jedynej moja znajomość z tym panem się nie zakończy ;) 
   Więcej o Noblu tu.


  Drugą tytułową sprawą jest stosik - nie pierwszy, i zapewne nie ostatni w tym miesiącu. Ten jest kontynuacją wcześniejszego ;)



Od dołu : 
1. "XX wiek - proza. Literatura chińska"
2. "Próba wprowadzenia do filozofii marksistowskiej" - Lucien Seve
3. "Pomyśl o lilii" - Elizabeth Buchan
4. "Zagadka Dickensa" - Matthew Pearl
5. "Moje życie we Francji" - Julia Child
6. "Diablice" - Tadeusz Klimowski

  Cóż, w porównaniu do poprzedniego stosu, książek jest (niestety!) trzy razy mniej. Pocieszam się tym, że jeszcze kilka tytułów do mnie nie dotarło. W ciągu pierwszego tygodnia października kupek było już dwie, w końcu trzeba miło zacząć miesiąc ;) 
   Po "załatwieniu" dwóch pilnych i niecierpiących zwłoki spraw wracam do V wieku n.e.. Nie, nie posiadam zdolności przenoszenia się w czasie, mam jednak "Zimowego Monarchę" Cornwella :))
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Darmowe liczniki
CANDY
Dla czytelników
Dobra księgarnia
E-mail
Poziomki zimą - moje candy
fantasybook
Przeczytane
Wydawnictwa, z którymi współpracuję
Zaglądam...